1 kwi 2026

Dźwięk, który rezonuje do serca - wywiad z Anią Brodą

Z wielką radością otwieram na blogu nową przestrzeń – cykl rozmów z ludźmi, dla których cymbały są czymś więcej niż tylko instrumentem. Chcę przybliżyć Wam sylwetki artystów, budowniczych i pasjonatów, którzy tworzą współczesny, niezwykle barwny „świat cymbałowy”. Przed nami wiele fascynujących spotkań, a naszą wspólną podróż zaczynamy od postaci absolutnie wyjątkowej - Ani Brody.

Piosenkarka, cymbalistka, kompozytorka i producentka. Artystka, której nie da się zamknąć w jednej szufladzie – jej twórczość to magiczny miks etno, jazzu, folku i muzyki dla dzieci. Obdarzona niepowtarzalnym głosem, po mistrzowsku posługuje się techniką śpiewu białego, tworząc – jak sama mówi – „muzykę marzeń i wrażeń”. Na polskim rynku muzycznym jest zjawiskiem osobnym: kunsztownie łączy siłę słowa i nieoczywiste melodie, często sięgając po inspiracje do polskiej poezji.

Ania w swojej pracy używa wielu instrumentów – od pianina po lirę korbową – jednak to cymbały stały się jednym z jej najważniejszych znaków rozpoznawczych. W jej rękach ten tradycyjny instrument zyskuje zupełnie nowe życie, stając się narzędziem do opowiadania współczesnych, onirycznych historii.

Zapraszam Was do lektury zapisu naszej korespondencji. Rozmawiamy o wileńskich korzeniach, o trudnych początkach z aluminiowymi łyżeczkami w dłoni i o tym, dlaczego warto odczarować słowo „cymbały”.

Ania Broda ze swoimi cymbałami wykonanymi przez Szczepana Ozdobę
(fot. Renata Orlińska)

Nasze jak dotąd jedynie spotkanie miało miejsce na wystawie „Walc Niebieski” w Lidzbarku Warmińskim, poświęconej mojemu dziadkowi. Jak z perspektywy czasu wspominasz to wydarzenie i postać Józefa Krupskiego? Czy taka tradycyjna szkoła grania, którą reprezentował on i inni cymbaliści wileńscy, w jakiś sposób w Tobie rezonuje?

Pamiętam to spotkanie bardzo dobrze. Był to dla mnie moment szczególny, w którym po raz pierwszy tak wyraźnie poczułam wielopokoleniowość tradycji muzycznej, która – poprzez cymbały – jest również częścią mnie. Spojrzałam wtedy na ten instrument inaczej. W pewnym sensie przewartościowałam swoje podejście do repertuaru z Wileńszczyzny. Od tamtego czasu zaczęłam dostrzegać w tej muzyce znacznie więcej – nie tylko melodię i rytm, nie tylko samą strukturę dźwięku, ale również to, co się za nim kryje. To jest dla mnie opowieść, która niesie się przez pokolenia. Opowieść zapisana w brzmieniu. Nie miałam możliwości uczyć się gry na cymbałach w rodzinie, dlatego to spotkanie i związana z nim historia były dla mnie czymś zupełnie nowym – trochę jak wejście w kosmos, w nieznaną przestrzeń, która jednocześnie okazała się bardzo bliska. Poczułam, jakbym na chwilę naprawdę zasiadła przy wspólnym stole – razem z autorem wywiadu i jego dziadkiem – słuchając na żywo melodii cymbałów. Myślę, że wileńska szkoła grania rezonuje we mnie raczej pośrednio. Nie jestem cymbalistką, która naśladuje konkretnych muzyków – od początku szukałam własnego języka i własnego sposobu wyrażania się na tym instrumencie. Jednocześnie bardzo często wracam do repertuaru z Wileńszczyzny. Jest on dla mnie niezwykle ważny – zarówno w kontekście historycznym, jak i kulturowym. Mieszkam w Olsztynie, a cymbały na Warmii i Mazurach pojawiły się wraz z ludźmi przesiedlonymi z tamtych terenów, więc ta tradycja jest tu w pewien sposób obecna i żywa. Nie odtwarzam jej wprost, ale inspiruje mnie i czuję, że będę do niej wracać. Być może kiedyś pojawi się projekt bardziej skupiony na tej stylistyce – choć znając siebie, pewnie i tak będzie to interpretacja, a nie rekonstrukcja.

Skąd w Twoim życiu wzięły się cymbały? Jak wspominasz swoje pierwsze spotkanie z tym instrumentem? Czy na początku Twojej "cymbałowej" drogi był jakiś konkretny cymbalista, który Cię zainspirował, czy od początku była to Twoja autorska, samotna podróż?

Cymbały pojawiły się w moim życiu dzięki Witkowi Brodzie, od którego dostałam swój pierwszy instrument. Były to cymbały wykonane przez Szczepana Ozdobę, cymbalistę z Wileńszczyzny, który mieszkał w Kętrzynie. To nie był dla mnie łatwy początek. Trafiłam do środowiska bardzo doświadczonych muzyków, m.in. z Bractwa Ubogich, i choć miałam już doświadczenie wokalne, gra na cymbałach była dla mnie dużym wyzwaniem. Potrzebowałam czasu, żeby się z tym instrumentem oswoić i naprawdę się z nim zintegrować – żeby zacząć wyrażać przez niego emocje, a nie tylko odtwarzać dźwięki. Pamiętam jak pierwszy koncert grałam aluminiowymi łyżeczkami, bo nie miałam jeszcze pałeczek z drewna.

W pewnym sensie była to moja własna, autorska droga. Inspirowaliśmy się różnymi tradycjami – także repertuarem granym przez Kapelę Brodów czy muzyką południa Polski, gdzie cymbały pełniły raczej funkcję towarzyszącą. Z czasem zaczęłam jednak rozwijać rolę tego instrumentu i szukać dla niego własnej przestrzeni – szczególnie w pracy solowej. Bardzo ważne są dla mnie również spotkania z muzykami. Duże znaczenie ma dla mnie relacja ze Stanisławem Kondratem z Gierzwałdu – to kontakt nie tylko muzyczny, ale też ludzki, który mnie inspiruje i daje poczucie ciągłości tej tradycji. Oczywiście znam i cenię również pana Mieczysława Dziemidowicza drugiego cymbalistę z dziada pradziada z Olsztyna oraz Ciebie Piotrze, który też jesteś wielopokoleniowym cymbalistą i to jest fascynujące !

Dlaczego właśnie cymbały? Co sprawiło, że to właśnie ten instrument stał się Twoim głównym środkiem wyrazu? To była miłość od pierwszego uderzenia pałeczką w struny?

Cymbały rzeczywiście zauroczyły mnie od pierwszego dźwięku, ale nie była to łatwa relacja. To instrument wymagający cierpliwości – szczególnie jeśli chodzi o strojenie. To było dla mnie wyzwanie, bo jestem osobą raczej dynamiczną, a tutaj trzeba się zatrzymać, wsłuchać i poświęcić czas. A jednak to właśnie cymbały do mnie przyszły – i zostały.

Na jakich cymbałach grasz obecnie? Czy to instrumenty budowane pod Twoje zamówienie, czy mają jakąś dłuższą historię? W jaki sposób masz nastrojone swoje cymbały? Czy to strój chromatyczny, diatoniczny, a może eksperymentujesz, żeby dopasować instrument do swoich kompozycji?

Obecnie gram na dwóch instrumentach. Jeden z nich to moje pierwsze cymbały wykonane przez Szczepana Ozdobę – można powiedzieć, że mają już dziś wartość historyczną. Drugi instrument został zbudowany specjalnie dla mnie w 2014 roku przez Artura Jachimowicza, potomka cymbalistów z Wileńszczyzny. Ma on większą skalę i daje mi więcej możliwości brzmieniowych. Jeśli chodzi o strój, pozostałam przy tym, który był obecny w moich pierwszych cymbałach. Z czasem trochę go rozwinęłam, ale nadal jest to system, który dobrze współgra z muzyką, którą tworzę. Nie jest to strój chromatyczny – raczej pewna własna, durowo-molowa przestrzeń, do której jestem przywiązana.

Cymbały Ani Brody wykonane przez Artura Jachimowicza
Cymbały Ani Brody wykonane przez Artura Jachimowicza
(fot. Piotr Łysakowski)

Jak oceniasz nasze dzisiejsze środowisko cymbałowe? Czy widzisz rosnące (lub nie) zainteresowanie tym instrumentem wśród młodych muzyków?

Myślę, że zainteresowanie cymbałami rośnie. Coraz więcej osób sięga po ten instrument – czasem jako dodatkowy kolor w zespole, a czasem jako główny środek wyrazu. Jest też grupa muzyków, którzy od lat rozwijają swoje podejście do cymbałów, każdy na swój sposób. Nie jest to może środowisko bardzo zintegrowane, ale widzę, że pojawiają się momenty kontaktu, wymiany i wzajemnej inspiracji. Miałam na przykład bardzo miłą wymianę z Magdaleną Sobczak Kotnarowską z zespołu Kapela ze Wsi Warszawa. Mam wrażenie, że każdy idzie swoją drogą, ale te drogi od czasu do czasu się przecinają – i to są wartościowe momenty.

Nad czym teraz pracujesz, jeśli możesz uchylić rąbka tajemnicy? Czy możemy spodziewać się nowych nagrań, w których Twoje cymbały pokażą nam swoje kolejne, być może nieodkryte jeszcze oblicze?

To, nad czym teraz pracuję, w dużej mierze pozostaje jeszcze tajemnicą. Lubię zostawić przestrzeń na niespodziankę i nie zdradzać wszystkiego zbyt wcześnie. Mogę powiedzieć, że – jak to u mnie – pracuję nad kilkoma rzeczami jednocześnie. W ostatnim czasie wracam też do muzyki tradycyjnej i do repertuaru, który wykonywałam kiedyś z Kapelą Brodów oraz Bractwem Ubogich. To jest dla mnie powrót do źródła, ale z nowej perspektywy. Najważniejsze jest jednak to, że wciąż mam potrzebę pracy i rozwijania tej drogi. Nawet w czasach, w których technologia potrafi już bardzo wiele, ja nadal chcę szukać i pogłębiać tę relację z dźwiękiem.

I ostatnie pytanie. Wspomniałaś o czymś przewrotnym a propos samej nazwy instrumentu...

Nie taki „cymbał” straszny, jak go malują. To słowo w języku potocznym ma negatywne znaczenie, a przecież sam instrument ma niezwykle szlachetne i piękne brzmienie. Zastanawiałam się kiedyś, skąd to się bierze, i pomyślałam, że być może ma to związek z rozstrojonym dźwiękiem – który może być dla nas trudny w odbiorze. Ja jednak staram się odwracać to znaczenie i traktować „cymbał” jako komplement. Bo dźwięk tego instrumentu potrafi długo rezonować – aż dotrze do serca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz