Nasze jak dotąd jedynie spotkanie miało miejsce na wystawie „Walc Niebieski” w Lidzbarku Warmińskim, poświęconej mojemu dziadkowi. Jak z perspektywy czasu wspominasz to wydarzenie i postać Józefa Krupskiego? Czy taka tradycyjna szkoła grania, którą reprezentował on i inni cymbaliści wileńscy, w jakiś sposób w Tobie rezonuje?
Pamiętam to spotkanie bardzo dobrze. Był to dla mnie moment szczególny, w którym po raz pierwszy tak wyraźnie poczułam wielopokoleniowość tradycji muzycznej, która – poprzez cymbały – jest również częścią mnie. Spojrzałam wtedy na ten instrument inaczej. W pewnym sensie przewartościowałam swoje podejście do repertuaru z Wileńszczyzny. Od tamtego czasu zaczęłam dostrzegać w tej muzyce znacznie więcej – nie tylko melodię i rytm, nie tylko samą strukturę dźwięku, ale również to, co się za nim kryje. To jest dla mnie opowieść, która niesie się przez pokolenia. Opowieść zapisana w brzmieniu. Nie miałam możliwości uczyć się gry na cymbałach w rodzinie, dlatego to spotkanie i związana z nim historia były dla mnie czymś zupełnie nowym – trochę jak wejście w kosmos, w nieznaną przestrzeń, która jednocześnie okazała się bardzo bliska. Poczułam, jakbym na chwilę naprawdę zasiadła przy wspólnym stole – razem z autorem wywiadu i jego dziadkiem – słuchając na żywo melodii cymbałów. Myślę, że wileńska szkoła grania rezonuje we mnie raczej pośrednio. Nie jestem cymbalistką, która naśladuje konkretnych muzyków – od początku szukałam własnego języka i własnego sposobu wyrażania się na tym instrumencie. Jednocześnie bardzo często wracam do repertuaru z Wileńszczyzny. Jest on dla mnie niezwykle ważny – zarówno w kontekście historycznym, jak i kulturowym. Mieszkam w Olsztynie, a cymbały na Warmii i Mazurach pojawiły się wraz z ludźmi przesiedlonymi z tamtych terenów, więc ta tradycja jest tu w pewien sposób obecna i żywa. Nie odtwarzam jej wprost, ale inspiruje mnie i czuję, że będę do niej wracać. Być może kiedyś pojawi się projekt bardziej skupiony na tej stylistyce – choć znając siebie, pewnie i tak będzie to interpretacja, a nie rekonstrukcja.
Skąd w Twoim życiu wzięły się cymbały? Jak wspominasz swoje pierwsze spotkanie z tym instrumentem? Czy na początku Twojej "cymbałowej" drogi był jakiś konkretny cymbalista, który Cię zainspirował, czy od początku była to Twoja autorska, samotna podróż?
Cymbały pojawiły się w moim życiu dzięki Witkowi Brodzie, od którego dostałam swój pierwszy instrument. Były to cymbały wykonane przez Szczepana Ozdobę, cymbalistę z Wileńszczyzny, który mieszkał w Kętrzynie. To nie był dla mnie łatwy początek. Trafiłam do środowiska bardzo doświadczonych muzyków, m.in. z Bractwa Ubogich, i choć miałam już doświadczenie wokalne, gra na cymbałach była dla mnie dużym wyzwaniem. Potrzebowałam czasu, żeby się z tym instrumentem oswoić i naprawdę się z nim zintegrować – żeby zacząć wyrażać przez niego emocje, a nie tylko odtwarzać dźwięki. Pamiętam jak pierwszy koncert grałam aluminiowymi łyżeczkami, bo nie miałam jeszcze pałeczek z drewna.
W pewnym sensie była to moja własna, autorska droga. Inspirowaliśmy się różnymi tradycjami – także repertuarem granym przez Kapelę Brodów czy muzyką południa Polski, gdzie cymbały pełniły raczej funkcję towarzyszącą. Z czasem zaczęłam jednak rozwijać rolę tego instrumentu i szukać dla niego własnej przestrzeni – szczególnie w pracy solowej. Bardzo ważne są dla mnie również spotkania z muzykami. Duże znaczenie ma dla mnie relacja ze Stanisławem Kondratem z Gierzwałdu – to kontakt nie tylko muzyczny, ale też ludzki, który mnie inspiruje i daje poczucie ciągłości tej tradycji. Oczywiście znam i cenię również pana Mieczysława Dziemidowicza drugiego cymbalistę z dziada pradziada z Olsztyna oraz Ciebie Piotrze, który też jesteś wielopokoleniowym cymbalistą i to jest fascynujące !
Dlaczego właśnie cymbały? Co sprawiło, że to właśnie ten instrument stał się Twoim głównym środkiem wyrazu? To była miłość od pierwszego uderzenia pałeczką w struny?
Cymbały rzeczywiście zauroczyły mnie od pierwszego dźwięku, ale nie była to łatwa relacja. To instrument wymagający cierpliwości – szczególnie jeśli chodzi o strojenie. To było dla mnie wyzwanie, bo jestem osobą raczej dynamiczną, a tutaj trzeba się zatrzymać, wsłuchać i poświęcić czas. A jednak to właśnie cymbały do mnie przyszły – i zostały.
Na jakich cymbałach grasz obecnie? Czy to instrumenty budowane pod Twoje zamówienie, czy mają jakąś dłuższą historię? W jaki sposób masz nastrojone swoje cymbały? Czy to strój chromatyczny, diatoniczny, a może eksperymentujesz, żeby dopasować instrument do swoich kompozycji?
Obecnie gram na dwóch instrumentach. Jeden z nich to moje pierwsze cymbały wykonane przez Szczepana Ozdobę – można powiedzieć, że mają już dziś wartość historyczną. Drugi instrument został zbudowany specjalnie dla mnie w 2014 roku przez Artura Jachimowicza, potomka cymbalistów z Wileńszczyzny. Ma on większą skalę i daje mi więcej możliwości brzmieniowych. Jeśli chodzi o strój, pozostałam przy tym, który był obecny w moich pierwszych cymbałach. Z czasem trochę go rozwinęłam, ale nadal jest to system, który dobrze współgra z muzyką, którą tworzę. Nie jest to strój chromatyczny – raczej pewna własna, durowo-molowa przestrzeń, do której jestem przywiązana.
![]() |
| Cymbały Ani Brody wykonane przez Artura Jachimowicza (fot. Piotr Łysakowski) |
Jak oceniasz nasze dzisiejsze środowisko cymbałowe? Czy widzisz rosnące (lub nie) zainteresowanie tym instrumentem wśród młodych muzyków?
Myślę, że zainteresowanie cymbałami rośnie. Coraz więcej osób sięga po ten instrument – czasem jako dodatkowy kolor w zespole, a czasem jako główny środek wyrazu.
Nad czym teraz pracujesz, jeśli możesz uchylić rąbka tajemnicy? Czy możemy spodziewać się nowych nagrań, w których Twoje cymbały pokażą nam swoje kolejne, być może nieodkryte jeszcze oblicze?
To, nad czym teraz pracuję, w dużej mierze pozostaje jeszcze tajemnicą.
I ostatnie pytanie. Wspomniałaś o czymś przewrotnym a propos samej nazwy instrumentu...
Nie taki „cymbał” straszny, jak go malują.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz